Czuję, że ktoś potrząsa mną za ramię.
– Twój telefon dzwoni. Odbierz.
Jeszcze kompletnie zaspany biorę z rąk Żeni wydzierającą się komórkę.
– Mamy trupa na Kalinińskim prospekcie pod numerem 1034 – słyszę głos dyżurnego.
– Już jadę – rzucam.
Wstaję nagi i idę w kierunku łazienki.
– Co znowu, Kirył?
– Mam pilną sprawę – rzucam enigmatycznie.
– Ach te twoje sprawy – słyszę westchnienie zanim zagłuszy je woda z natrysku.
Kiedy wracam chłopak już w spodniach, ale bez koszulki. Ma szczupłą sylwetkę. No cóż. Student pierwszego roku.
– To leć szybko. Ja za chwilę – popędzam go.
Czuję ledwie muśnięcie jego pożegnalnego pocałunku.
W dwadzieścia minut później przekraczam policyjną blokadę wchodząc do przyziemia budynku mieszczącego jakiś klub czy restaurację. Z daleka widzę ekipę na progu toalety.
– Co się stało?
– Kabina była zamknięta od wewnątrz. Morderca trochę się natrudził. Jest ich kilka, więc nikomu nie przeszkadzało. Mężczyzna zapłacił, więc go nie szukano.
– Kiedy nastąpiła śmierć?
– Jakieś pięć godzin temu.
– To jego rzeczy?
– Tak. I jeszcze w ręku znaleziono to – asystent pokazał mi srebrny wisiorek.
Obejrzałem go dokładnie. Był identyczny do mego podarunku sprzed miesiąca. „Nie to niemożliwe” – odepchnąłem od siebie natrętną myśl.
Wstępne wyniki śledztwa nie były zbyt obiecujące. Mężczyzna jadł sam. Nikt go z nim nie widział. Wieczorem zmordowany wróciłem do domu. Po chwili dostaję SMSa. Odpowiadam w umówiony sposób. Żenia znów jest ze mną. Kochamy się namiętnie. Po wszystkim pyta:
– A co to za sprawa?
Nie powinienem, ale wszystko mu opowiadam. Nie wspominam tylko o srebrnym wisiorku, ale pytam:
– Gdzie masz mój prezent?
– Zostawiłem u siebie – lekceważąco kiwa ręką – Muszę już lecieć.
Od rana młyn. Asystent przekazuje mi co znalazł:
– To handlarz żywym towarem. Zaopatruje domy publiczne w Europie Zachodniej.
– Niebezpieczny fach. Może porwał kogoś niewłaściwego i to zemsta? – analizuję.
– Tym bardziej, że brał też chłopców.
Serce podeszło mi do gardła.
