Idąc przez las, śledził światło latarki zdające się wydobywać najdziwniejsze stwory, które po dokładniejszym przyjrzeniu okazywały się tylko złudzeniem skąpego blasku tańczącego w rytm jego kroków. Kiedy las już trochę mu się znudził, postanowił zejść zboczem w dół, nad jezioro.
Stanął na brzegu i ujrzał jego taflę błyszczącą w poświacie księżycowej. Podobał mu się ten widok. Przypomniał sobie Sonatę księżycową i „zagrałâ€ ją w myślach. Zdawało mu się, że uderzenia w klawisze fortepianu obejmują całe jezioro, a przysłuchujący się temu księżyc jakby się uśmiechał metalicznym blaskiem. Całą tę inscenizację przerwał nagły plusk w pobliżu brzegu jeziora. Poświecił w tym kierunku latarką, jednak zapanowała ciemność. Latarka wypadła mu z ręki. Na swojej głowie poczuł szorstki worek. Próbował krzyczeć, lecz worek zacisnął się mu wokół twarzy. Ktoś wykręcił mu ręce do tyłu, a następnie oplótł je sznurem. Brutalnie popychany, w całkowitej ciszy przeszedł kilkaset metrów, a potem padł na rampę półciężarówki. I wtedy również na nogach zacisnęły się więzy sznura. Po chwili zawarczał silnik i samochód ruszył po wyboistej leśnej drodze.
Dopiero w tym momencie dopadł go strach i mroczne myśli. Drewniana podłoga zapachniała mu krwią i mięsem. „Ciekawe, czy ktoś przede mną tu leżał?†– pomyślał. „Może zginął? A może to tylko było jakieś zwierzę?†Młodzi ludzie, nieco tylko starsi od niego, rozmawiali głośno i wesoło. Przebijała beztroska. Trochę go to uspokoiło. Niebawem samochód zatrzymał się.
