Z asfaltowej szosy zjechałem na drogę gruntową. Na szczęście terenówka dobrze sobie radziła. Z daleka dostrzegłem dom na wzgórzu. Z komina unosił się dym. Stanąłem w zagajniku, a do domu podszedłem pieszo. Uderzyłem kilka razy kołatką. Otworzył mi człowiek upaćkany farbą i bez słowa odszedł w kierunku stojącego na sztaludze pod oknem płótna. Z ogrodu zaglądały do pokoju słoneczniki.
Rozejrzałem się po tym jedynym pomieszczeniu domostwa. Z rogu brzmiała gitara, ale jakaś dziwna. Jękliwa jak skrzypce. Piosenka o powrocie do domu, gdzie możemy rozgrzać swoje stare kości. Z dala, spoza pól dochodzi bicie żelaznego dzwonu każącego wiernym paść na kolana. Kolejna była o pieniądzach.
Na kanapie pod ścianą siedział siwowłosy starzec i szkicował na papierze przymocowanym do drewnianej podkładki. Usiadłem obok i rzuciłem okiem na szkic.
– Helikopter? – udałem zainteresowanie.
– Ty mówisz do mnie młody człowieku?
– Ależ tak? Przecież szkicuje pan plany helikoptera.
– Nie znam, żadnego helikoptera, a to co szkicuję to tylko obrazy artysty jakim jestem i nic nikomu do tego.
– To pan maluje?
– Tak, ale tylko za dobre pieniądze. Obrazy religijne i piękne damy. Na płótnie i na ścianach świętych miejsc.
– A jak się panu podobają te słoneczniki? – wskazałem na obraz pod oknem.
– Nie chcę nikogo obrażać, ale ten młody człowiek wygląda mi na opętanego, a może to taka choroba głowy? Maluje jak pięcioletnie dziecko. Nie potrafi oddać tego co widzimy. Natury światła i przedmiotu. To widok z piekła rodem.
