– Słyszałem, że masz dojście do Tadzia – słyszę na korytarzu szkolnym.
To zdanie wywołuje u mnie gwałtowne bicie serca. Czuję je w skroniach.
– Czyżby już wszyscy w szkole o tym wiedzieli? – zadaję sobie pytanie spanikowany.
Rozglądam się i cicho mówię do kolesia.
– Po szkole o pierwszej na przystanku tramwajowym. Jak dla ciebie trzysta baksów.
Cena jest zaporowa, ale gość nie protestuje. Patrzę jak odchodzi zamaszystym krokiem kiwając się z boku na bok i powoli uspokajam się. Zaczynam trzeźwo oceniać sytuację i zastanawiam się ile towaru zostało mi w dziupli. Dochodzę do wniosku, że niewiele, więc kiedy wychodzę ze szkoły najpierw dostaję się na dach mojego budynku. Wyciągam latarkę kwantową i celując w niebo nadaję prastarym alfabetem Morse'a zaszyfrowany komunikat. Dzięki kwantowemu splątaniu komunikat na odległej planecie odbierany jest natychmiast i mogę liczyć, że już niebawem w mojej dziupli dzięki teleportacji pojawi się kolejna partia towaru.
Szybko zbiegam i wchodzę do dziupli. Na razie jest stary zapas. Biorę tylko jedną sztukę. Tak bezpieczniej. I udaję się na przystanek. Serce znowu bije mi raźniej. „A może to jest prowokacja? Przecież nie znam tego gościa”.
Po chwili się zjawia.
– Masz towar – rzuca z napięciem. Widać, że mu zależy.
– Pokaż kasę.
Kiedy widzę, że ma wyciągam spod pachy towar. Niemalże wyrywa mi go z rąk porzucając kasę. „O jaki napalony. Pewnie się będzie delektował w najbliższej bramie”.
Ale ten mnie zaskakuje, bo kuca na miejscu i otwiera książkę na pierwszej stronie.
– Nie przy ludziach. Panuj nad sobą – lekko kopię go w tyłek.
Na szczęście dociera do niego i szybko się zwija w drugą stronę. Na przyszłość muszę uważać na tego gościa. Jest zbyt niebezpieczny.
