Za moich czasów na studia szło się zdając poważne egzaminy: z matematyki, z fizyki i z języka angielskiego. Ten najnowszy w ofercie Politechniki Poznańskiej kierunek wybrałem zaledwie kilka miesięcy przed tymi egzaminami. Wcześniej miałem serce rozdarte pomiędzy elektroniką, a matematyką. Ponieważ w Poznaniu nie było elektroniki, więc odpadała politechnika, ale pójście na matematykę na uniwersytecie uważałem za kapitulację. Początkowo idealnym kompromisem wydała mi się specjalność na matematyce „Metody numeryczneâ€, które miały łączyć matematykę z techniką i to najnowszą elektroniką, bo komputerami. Wszystko jednak zmieniło się po dniu otwartym na politechnice, gdzie poszedłem koledze, z którym pasjonowałem się elektroniką do towarzystwa. Była to bowiem „informatykaâ€, słowo mi jeszcze nie znane. Zachorowałem po zwiedzeniu laboratoriów z amerykańskim sprzętem komputerowym, zupełnie jak na Międzynarodowych Targach Poznańskich (bo tam kupione powystawowe egzemplarze). Wtedy tak się zapaliłem, że wiedziałem, że muszę zdać egzaminy, bo to moja jedyna, życiowa szansa.
W pierwszym dniu egzaminów kiedy zdawaliśmy matematykę byłem tak nakręcony, że liczyłem jak maszyna i jako jedyny spośród kolegów zdających na tym samym wydziale rozwiązałem pierwsze, bardzo trudne zadanie. Angielski na szczęście był bardzo łatwy, a na ustnej fizyce popisałem się znajomością fizyki tranzystora, tak że egzaminator zgadł, że jestem radioamatorem.
